Archive for Listopad, 2013

Nowa strona

Nowa strona dla miłośników natury.

To dojechaliśmy do Puerto Natales

Nie pamiętam o czym ostatnio pisałem. ale mam wrażenie, że było to  o deszczu i czekaniu na poprawę pogody. I tak ranek przyniósł koniec opadów,ale wraz ze słońcem wrócił  szalejący wiatr. Ostatni kawałek przed  Cerro Sombrero prowadził oczywiście  szczytem pobliskiej górki.  Cały czas nie mogę się pogodzić ze sposobem prowadzenia drogi w Argentynie i Chile , czemu każda droga musi prowadzić przez szczyty ?  Nawet jeśli dolina łączy dwie miejscowości to droga pobiegnie najbliższa górką. Tak jest na granicy w San Sebastian  i pomiędzy Cullen i Cerro Sombrerro . Przejazd częścią chilijską jest wyzwaniem nie tylko z powodu wyznaczania dróg przez szaleńca, ale też brakiem czegokolwiek po drodze . Same przejście graniczne jest ciekawostką . Po środku doliny stoi budynek , który jest punktem granicznym . Są dwa małe sklepiki z napojami i nic więcej. Nie ma gdzie wymienić pieniędzy , ani zrobić zakupów . I tak naszym najbliższym punktem zaopatrzenia ma się stać Cerro Sombrerro,  a to od granicy ponad 120 km – tyle, że tempo na tej szutrowej międzynarodowej trasie to 20 -30 km dziennie . Niech o trudności trasy świadczy fakt , że widząc naszą męczarnie  kierowca ciężarówki zatrzymał się koło Grażyny i ze współczuciem w oczach wręczył jej jogurt. Ale co robić, jedziemy dalej . Do Cerro Sombrerro docieramy  po 15 . Centrum miasta przypomina polskie  małe miasteczko z lat 70 tych . Jest kino , spożywczak  , bank i poczta. Ponieważ skończyła nam się benzyna do kuchenki, a zapas jedzenia jest dość mizerny zaczynają się poszukiwania bankomatu. Bank oczywiście zamknięty, pracuje do 15 . W spożywczaku jest super punkt do pobierania gotówki i robienia opłat, ale tylko z kart chilijskich. Nikt z pytanych nie wie o żadnym bankomacie – jedyne co proponują to przyjście jutro jak otworzą bank. Przy okazji szukania  bankomatu młody chłopak opowiedział  mi jakie są warunki pogodowe .  Wyjaśniło się przy okazji czemu tak czasami ciężko z tymi rowerami idzie . Podobno ostatnio wiało 150km/h. Całe jednak szczęście, że w spożywczaku można płacić kartą- robimy zakupy i jedziemy w poszukiwaniu noclegu. Jedyny czynny hostel oferuje pokój w cenie dobrego Hotelu w Polsce – cena za bardzo nas przygniata więc wyjeżdżamy za miasto rozbić namiot. Wieczorem w namiocie wyżerka na całego – nareszcie jakaś przerwa od makaronu.  Ranek zaczynamy od wizyty w Banku – no powiedzmy w banku.
Małe pomieszczenie tak 4 na 3 m Po prawej gość w gajerku widać szycha , po lewej za szybką kasjerka, a za nią umundurowany ochroniarz – a bankomatu nie ma . Więc startuję do gościa, że chcę wypłacić  pieniądze . Mówi oczywiście nie ma sprawy, prosi o paszport  i kartę. I dalszy rozwój sytuacji mocno mnie zdziwił. Człowiek bankomat wyciąga żelazko  (kiedyś dawno temu można było płacić wytłaczaną kartą przez takie urządzenie ) Kładzie kartę na maszynie przykłada z wierzchu druczkiem samokopiującym i przeciąga. Następnie bierze telefon, włącza funkcję głośno-mówiacy. Wprowadza nr karty kwotę, nr banku i  słyszę w telefonie transakcja zatwierdzona nr operacji … .  . Pracownik zapisuje nr transakcji  na druczku i idzie z nim i  moim paszportem do strażnika . Strażnik robi ksero paszportu i karty i kasjerka wypłaca pieniądze. Jak dla mnie to dość  nowatorski bankomat. No i tak stałem się posiadaczem kupy pieniędzy 80.000 chilijskiej waluty. Dokupujemy jeszcze drobiazgi i przed nami droga na Bahia Azul . Jeszcze tylko zakup benzyny, ale ponieważ Pan nie miał wydać reszty to nam ją podarował.Fajnie. Jest jedno z dwóch miejsc, z których można się wydostać z tego miejsca pełnego przeciągów . Port w niczym nie podobny do portu . Jedynie dwa betonowe zjazdy i nie działająca informacja turystyczna . Nawet nie musimy długo czekać.  Po półgodzinnym czekaniu podpływa prom i stajemy się jego szczęśliwymi pasażerami. Jedną z rewelacyjnych rzeczy jest to, że przy przeprawie promowej są łazienki. Łazienki to mało powiedziane – tam są prysznice z gorącą wodą . Oczywiście pozwalamy sobie na ten  niesamowity komfort. I tak oto opuściliśmy Isla Grande i stanęliśmy nogą na kontynencie . Aby uczcić te epokowe wydarzenie dajemy sobie jeden dzień wolnego na leniuchowanie i drobne naprawy. Jak na razie kontynent niewiele się różni od części południowej. Pojawiły się co prawda pojedyncze krzaczki, ale reszta podobnie . Nadal wielkie NIC ogrodzone płotem . Jest jak na razie jedna rzecz inna – wieje troszkę słabiej i jest droga. Dziś mamy nocleg na plaży , ładne widoki i miejsce dla zbieraczy muszli i innych morskich osobliwości. Mimo, że to cieśnina Magellana to i tak widać pływy,  a póki co nasz Ocean poszedł sobie daleko , ale rano powinien wrócić. Do spania  wśród śpiewu ptaków przywykliśmy , już nawet wiemy o jakiej porze, które powinny zaczynać śpiewy. Choć czasami jak zaczynają się przekrzykiwać hałas jest niesamowity. Powoli zaczyna się tworzyć rytm obozowy . Poranne gotowanie , zwijanie namiotu , droga , obiad , rozbijanie obozu , i koniec dnia. Na razie rytm dnia tworzy zmęczenie my mamy na niego niewielki wpływ.   I całą nadzieję na brak wiatru diabli wzięli. Jeden dzień słabego wiatru, a potem wróciły nasze kochane wiatry. Tak dla wyjaśnienia czym jest ten wiatr. W ciągu ostatnich dni raz przeszliśmy 16 km raz 23 km. Przeszliśmy to właściwe określenie . Każda  próba jazdy kończyła się źle. A wygląda to tak. Wiatr jest tak silny, że nawet prowadzenie roweru jest prawie niemożliwe. Próba jazdy wydaje się raczej fragmentem ze starych niemych komedii. Jestem na górce – w normalnych warunkach koło połowy drogi osiągnął bym 30 km \h ,a tu.: wsiadanie na rower to operacja logistyczna, należy wyczekać kiedy bogowie wiatru biorą wdech . Wtedy szybko na rower  i cisnę   na ile pozwala mi moje 80 kg  . Rower cały trzeszczy , ale  cisnę dalej.  Jak już osiągnę 7km\h to przychodzi uderzenie  z boku – jakby tir walnął w lewą stronę . Sekunda ląduję na poboczu ściskając hamulce, żeby nie wylądować w rowie . I tak wygląda walka z wiatrem. Na początku mój entuzjazm nakazywał mi podejmować  próby. Teraz wiem, że to bez celowe. I tak powoli dobrnęliśmy do Villa Tehueelches .Z tą miejscowością wiązaliśmy spore nadzieje . Kończą się nam powoli zapasy jedzenia i po 7 dniach przydałaby się mała regeneracja. Miasteczko wygląda jakby zostało właśnie wybudowane. Widać zaangażowanie  środków z zewnątrz. Jest szkoła , straż, biblioteka.  Sklep, w którym jest piwo, wino i krakersy. I  knajpa z menu zupa lub sandwich. Bida nędza, ale jest tani nocleg u najbardziej przedsiębiorczej kobiety miasta-  ma sklep i hostel. I tak zajadając bułkę z sosem pomidorowym, popijanym piwem ładujemy akumulatory. Rano start.  Pada drobny śnieg, ale wiatr prawie w plecy. Wiatr raczej z tych średnich, ale jaka frajda . Przez 8 km jadę  34km\h, bez dotykania pedałów – bosko. To z nie co silniejszym kolegą tego wiatru walczymy od miesiąca . Choć raz bogowie wiatru trzymają naszą stronę . Przed nami 150 km, bo pojutrze mamy skype imprezkę. Trzeba cisnąć ile się da,  bo nam umknie.
Tak ogólnie to wydaje się jakby te kraje najlepsze lata miły za sobą. Po drodze mijamy wiele restauracji , hosteli, campingów dawno po zamykanych.  Jak świat po przejściu zarazy. W niewielu miejscach tylko działają jakiekolwiek usługi – w bardzo wysokich cenach. Przedsiębiorczość  lokalnej ludności pozostawia wiele do życzenia.
Jedynie przyroda nie zawodzi . Żyjemy jak w parku safarii . Wokół szaleństwo zwierząt . Tam gdzie dziś rozbiliśmy namiot słychać głosy 8-10 gatunków ptaków, a młode lisy podglądają jak gotujemy obiad. A tak poza tym wielka ogrodzona pustka .

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tu w  centrum miasta łapiemy neta

P1070012 P1070014

NIC NIC  nic

P1070015 P1070016 P1070020

Pot w Bahia Azull czekamy na prom który zabierze nas z Issla Grande

P1070024

Jest i nasz prom

P1070065

A na kontynencie  dalej nic

P1070067

Choć co jakiś czas dostępu do plaży bronią pola minowe

P1070079

I nasze dzielne rowery.

P1070081

I dalej  nic

P1070089

Aż jest plaża i

P1070091

Miejsce dla kolekcjonerów muszelek i P1070093

Super ekskluzywny nocleg na plaży

P1070099P1070107P1070109

Znaleźliśmy statek z 1878 ale nie dało się go uratować

P1070113P1070118

Miasteczko z czasów osadnictwa

P1070127

I dalej nic

P1070133

Nawet elementy drogowe mają zastosowanie

P1070138

I co można spędzić przyjemnie czas przy modlitwie?

Temat kapliczek to sprawa na oddzielny tekst.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Super wyżerka w świeżo budowanym mieście

P1070170

Nowo budowane miasto

P1070190

Lokalna wersja Uluru

P1070250

Skrzynki pocztowe  to temat na oddzielny tekst ale to podobieństwo do prawdziwego domu (w  tle) super.

P1070260

Tu to my robimy za zoo .  zatrzymaliśmy się na chwile i całe stado steków przybiegło nas pooglądać.

P1070261

Nareszcie słoneczny dzień na noclegu

 

P1070272P1070285P1070288

A to było do dokoła.

Troszke chaotycznie ale jest zimno i siedzę na trawniku

 

I tak pełzniemy sobie powoli do przodu . Ostatnio udało się nam dotrzeć do Rio Grande . Miasto które ma przy wjeździe napis – Miasto twoich marzeń – wygląda ale na marzenie bardzo skromne . Zabudowa bardziej przypomina slumsy niż jeden z większych ośrodków w tej część kraju. Na europejskie standarty to bardziej skupisko domków letniskowych niż miasto. Jest dość szaro i ponuro , a może to tylko ta pogoda. Na każdym kroku widać jak bardzo Argentyńczycy przeżywają utratę Malwinów . W wielu miejscach są pomniki przypominające wydarzenia z okresu wojny. Choć jak się patrzy na pomniki i napisy to można odnieść wrażenie że to oni wygrali tę wojnę. Ale cóż pozostawiamy to szare miasteczko i ruszamy dalej walczyć z wiatrem. Przed nami droga do przejścia granicznego z Chile . Jeszcze 90km i przekroczymy granicę. Wiatr tego ranka był wyjątkowo łaskawy wiało koło 30 km\h więc szło całkiem sprawnie. Dopiero gdzieś koło 56 km znowu zaczął wiać tak silny wiatr że postanowiliśmy zatrzymać się na nocleg. Kończyliśmy rozstawiać namiot kiedy podjechał z drogi młody gość . Andrea – tak miał na imię – jest w podróży od 9 mc . Jedzie od południowej granicy Meksyku do Ushuaia i potem do Buenos Aires. Rozbił koło nas namiot i razem przygotowaliśmy posiłek. Rano powitała nas słoneczna pogoda ii oczywiście porywisty wiatr , nie było sensu czekać na zmianę więc powoli ruszyliśmy dalej. Teraz kiedy pisze te słowa siedzimy w namiocie 13 km od Cullen w Chile . Od 3h pada nieprzerwanie deszcz – może to i dobrze uzupełnimy zapas wody. Część Argentyny położna na Ziemi Ognistej nie ma połączenia z częścią kontynentalną . Aby dostać się do części kontynentalnej należy najpierw wjechać do Chile przeprawić się promem i potem drogą lądową dostać się do Argentyny . Ta między narodowa trasa , będąca jedynym połączeniem tranzytowym jest szutrowa ( wysypana kamieniami wielkości pięści dziecka ) . Rower jadąc po tej drodze ciągle przeskakuje z kamienia na kamień co utrudnia strasznie jazdę. I tak wśród strzelających kamieni spod kół ciężarówek jedziemy drogą tradycyjnie prowadzącą przez szczyty górek , powoli ale do przodu. Jak na razie to prawie nie wieje .

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek

Podsumowanie

 

Minęły dwa tygodnie od rozpoczęcia jazdy rowerem. Pora na krótkie podsumowanie. przejechaliśmy ledwo co. Ale spotkaliśmy parę rowerzystów z Wielkiej Brytanii na lotnisku , jednego Kanadyjczyka w drodze i jednego ekstremalnego z Danii . Warto troszkę więcej napisać o Duńczyku . Gość koło 30-tki o imieniu Adrian w rozpadającym się ubraniu jedzie z Meksyku do Ushuaia potem do Buenos z tamtą samolot do Madrytu i rowerem do domu w Dani. Wzorcowy przykład taniego podróżowania gość ma minimum środków na jedzenie . Spanie oczywiście pod namiotem , jedzenie proste i tanie. Z opowieści jego wynika że przejechał tak Amerykę Środkową , Stany Zjednoczone. Gość pełen zapału i widać że nie jedno już widział. A wracając do podsumowania , W ciągu tych dwóch tygodni dowiedzieliśmy się czym jest wiatr na setki sposobów . Wiemy że z górki wcale nie znaczy łatwiej . Z powodu braku herbaty dokonaliśmy odkrycia ; wystarczy tabletka do ssania na ból gardła gorąca woda i cukier i herbatka ziołowa gotowa. Wiemy już że droga nie musi iść najprostszą i najłatwiejszą częścią gór . Sprawdziliśmy że na kamieniu się świetnie smaży i oszczędza to kłopotów z myciem patelni. I tak Bankomaty w Argentynie niezależnie od pobieranej kwoty kasują nas na 35 ARS . W niektórych bankomatach należy katę włożyć , wyjąć i dopiero wtedy można wpisać pin .

Obrazek

Statek gotowy do drogi

Można robić recykling na dużą skale . Statek zaadoptowany na plac zabaw . Już gotowy do drogi . Jutro wypływamy .ObrazekObrazek

Prawdziwi bohaterowie

Tego gościa spotkaliśmy http://kairiess.wix.com/garthridesforhope

Wiatr

Przed wyjazdem czytałem o wiatrach w ziemi ognistej . Oglądałem filmiki. Ale zabrakło mi wyobraźni aby wymyślić coś tak szalonego . Wiatr tu wieje ciągle czasami tylko tak że da się pedałować , ale większość czasu tak że nie można iść prowadząc rower. Mamy trochę pecha że jedziemy pod wiatr , a nie jak większość z wiatrem.  Taki wiaterek jak na zdjęciu to znak że można jechać – gdybym nie był w stanie utrzymać namiotu to znaczy że nici z jazdy.Obrazek

Wiatr jest tak silny że ze stromej górki trzeba nieźle się na pedałować aby z niej zjechać.

Przy tej pogodzie dystans 20 km dziennie to sukces. Czasami podmuchy są tak silne że nie można utrzymać roweru – wyrywa go z rąk. Ale jest nadzieja spotkany  po drodze rowerzysta z Kanady powiedział że jeszcze 200 km pod wiatr a potem 1000 km z wiatrem z boku.  Więc  pchamy ten majdan dalej do przodu.