Archive for Grudzień, 2013

Następny Nobel z fizyki nasz

 

Tyle teoria. Nasze odkrycie zupełnie rozbije w proch wszystkie dotychczasowe spekulacje teoretyków . W czasie jazdy rowerem odkryliśmy miejsca gdzie zakrzywienie i zapętlenie przestrzeni jest czymś zupełnie normalnym i funkcjonuje bez super grawitacji. Już od paru tygodni jesteśmy świadkami niezwykłego zjawiska . Na początku wydawało nam się że to nasze spostrzeżenia są błędne i źle interpretujemy rzeczywistość . Ale ostatnio skrupulatnie notowaliśmy dane z naszego przejazdu i dokonaliśmy epokowego odkrycia. Aby wyjaśnić podstawy naszego odkrycia należy przedstawić uproszczoną analizę założeń. Przyjmijmy, że punktu A znajduję się w odległości 150 km od punktu F. Przy wyjeździe z punktu A widzimy tablice informacyjną do F 150 km . Po przejechaniu 50 km widzimy tablicę do Punktu F 110 km (nazwijmy to B). Po przejechaniu 100km widzimy tablice punkt F 50 km. Licznik i liczone słupki drogowe wskazują na przebycie 150 km , ale zagadką pozostaje gdzie podziało się brakujące 10 km pomiędzy B a F . Jest na to jedynie możliwe wytłumaczenie – nastąpiło ugięcie przestrzeni i brakujące 10 km przebyliśmy przez strunową strukturę świata . Z tym fenomenem spotkaliśmy się parokrotnie . Tak więc nie jest to tylko i wyłącznie fenomen lecz stałe zjawisko. I to stawia nas jako wygranych w przyszło-rocznym rozdaniu nagrody Nobla z fizyki. Przecież nie jest możliwe, żeby lokalni drogowcy stawiali tablice z dokładnością do 20 km .

Wigilia

I tak przyszły święta – nawet tutaj. Na ulicach raczej mało widoczny nastrój świąteczny . Stoi parę choinek i kilka witryn jest przyozdobionych , ale nie ma takiego szaleństwa jak w Europie. W tej sytuacji postanowiliśmy propagować polsko- niemiecką tradycję świąteczną . W sklepie z chińskimi produktami nabyliśmy malutką choinkę i włos anielski , przygotowaliśmy 12 potraw – nieco innych niż zwykle. I z całym tym kramem rozstawiliśmy się u wjazdu do kempingu. Większość przechodniów witała nas uśmiechem i lekkim zdziwieniem – to był jedyny taki stół . Po życzeniach świątecznych z rodziną przez skype i zjedzeniu kolacji, ale też z braku ochotników do śpiewania kolęd poszliśmy na jedyną tego dnia mszę do lokalnego kościółka . Sposób celebracji mszy daleko odbiega od polskiego . Ksiądz prowadzi jakby opowiadał historię o polowaniu na lwa .Chodzi po kościele i żywo gestykulując wspomagając opowieść gadżetami (poduszka) opowiada historię biblijną. Jak przystało na Am Połud. Śpiewane pieśni są skoczne i o wesołym zabarwieniu, a śpiewający mają poczucie rytmu. W takcie śpiewania wiele osób kołyszę się i tańczy . Całą mszę ksiądz się uśmiecha i zachowuje się jak na porządnej imprezce . Msza o tyle ciekawa (24.12), że w jej trakcie był szybki ślub i chrzciny dzieci: pary młodej i jeszcze jednej rodziny.

ImageImageImageImage

I parę kolęd z lokalnej mszy będzie wstawionych nie co później

Obrazek

Życzenia

No to na rowery

Pomimo dwóch nocy odpoczynku z parku wyjeżdżamy zmęczeni i głodni. Dzięki ładnej pogodzie (pada deszcz, nie wieje) – trasę do Cerro Castillo pokonujemy w jeden dzień. U lokalnego biznesmena, który prowadzi restaurację ze sklepikiem i wymianą waluty dla turystów żywimy się i ogrzewamy. Jest już wieczór, więc znajdujemy miejsce na nocleg (dużo lepsze niż ostatnio w tej miejscowości) i postanawiamy przeczekać do jutra z przekroczeniem granicy. Rano mocno wieje , ale po raz pierwszy to dobra wiadomość, bo według mapy mamy jechać zgodnie z kierunkiem wiatru. Ludzieeee jaka to frajda pod górkę bez pedałowania a na płaskim 36 na h i to 50 km . Następnego dnia powtórka tylko na szutrowej drodze, rowery same lecą . Mijamy bardzo ładny widok na Torres – chyba najfajniejszy. Po drodze widzimy flamingi. To jest ostatni dzień z wiatrem . Jutro zmiana kierunku i znowu pod wiatr. Postanawiamy zmienić taktykę , wstajemy z samego rana i liczymy na to, że wiatr zaśpi. No cóż wiatr jest dość sprytny i po godzinie jazdy jest z powrotem . Jak tak to my postanawiamy zostać i drania przeczekać . Jest całkiem ładne miejsce w rowie koło drogi . Teraz mamy nowy plan – przeczekamy do wieczora i zaatakujemy nocą . Godzina 19.00 wieje średnio więc startujemy .Tylko wyszliśmy na drogę, a tu z przeciwka jedzie trójka rowerzystów . Chłopak z Kanady i dwie dziewczyny . Jak to przy takich spotkaniach wymiana doświadczeń . Przekazujemy informacje o problemach w parku i o zdobytym plecaku . Kanadyjczyk zaskoczony informacją o problemach z plecakiem – zamierzał przejść Torres. I tu następuje przekazanie plecaka następnemu turyście , który przyjmując plecak obiecuje przekazać go następnemu w potrzebie .

No i mamy go . Tym razem go oszukaliśmy . Jechaliśmy do 1 w nocy przy świetle pełni księżyca . I udało się zrobić część, o której ostrzegali nas inni, że silny wiatr prosto w twarz. Ta nocna jazda wydaje się całkiem fajna . Samochodów właściwie nie ma , wiatr prawie nie wieje, a i zachód słońca całkiem fajny. I tak dzięki skomplikowanej taktyce jesteśmy w Calefate przed świętami i spędzimy ten czas na totalnym lenistwie – chyba ?

ImageImageImageImage

Niespodziewany gość w namiocie

Image

Image

Image

To jest księżyc – nie słońce

I kto powiedział że pod namiotem nie można zjeść dobrej wędliny

Jak co roku na święta wędziliśmy wędlinę . W tym roku nie mogło być inaczej. Wyjazd nie jest usprawiedliwieniem dla zmiany tradycji.

Oto wersja wyjazdowa wędzarki.. Potrzeba pudełka kartonowego, foli aluminiowej, i paru kamieni.

ObrazekObrazekObrazekObrazek

Bajka o starym wyliniałym ośle i pasterce

 

Wyliniały osioł – ja
Pasterka – moja żona

Całkiem nie tak dawno, ale dość daleko zachciało się podróżować pewnemu panu. Kupił przewodnik , poszperał w internecie i pojechał w świat. Tak mogłaby się zaczynać ta bajka . Ale i rzeczywistość wcale nie odbiega za daleko. Po wylądowaniu w Ushuaia postanowiliśmy mniej więcej zaplanować nasza podróż. Z informacji z przewodnika wynikało, że plecaki będą dopiero potrzebne w Mendozie, a w każdym parku można wynająć niezbędny sprzęt. I tak aby ułatwić początki jazdy rowerem wysyłamy plecaki dalej. O podróży do samego park pisałem wcześniej więc nie ma co tu wspominać. No może poza dwoma wyjątkami . Jednym jest spotkana Francuzka, która przedstawia nam trek po parku jako niesamowite przeżycie i zapewniała, że całe duże „W” zrobiła w cztery dni. Druga osoba, o której warto wspomnieć jest rowerzysta  z Rosji. Nie zachwycał się tak bardzo parkiem, ale też twierdził, że w cztery dni to spokojnie park można zwiedzić. Spotkanie to było ze trzy kilometry od parku, a rozmowa zasiała we mnie spore wątpliwości. Rosjanin nie widział nigdzie w parku możliwości wynajęcia plecaka – a tam pomyślałem, pewnie nie zwrócił uwagi, w końcu wszędzie piszą, że cały sprzęt do wynajęcia na miejscu. I tak czary mary stajemy przy wjeździe do parku. Obsługa bardzo miła wypytuje mnie o plany w parku. Spokojnie tłumaczę i przy okazji próbuję rozwiać moje wątpliwości co do plecaka. Pytam po angielsku i dla pewności ponawiam pytanie po hiszpańsku. Za każdym razem odpowiedź podobna, przemiła pani wskazuje mi trzy schroniska, w tym to wybrane przeze mnie i zapewnia, że z wynajęciem plecaka nie ma problemu. Mijają kolejne kilometry i stajemy przed Campamento Torres. Jest około godziny szesnastej, więc pozostaje wynająć plecaki przepakować się i zostawić rowery. Wchodzę do recepcji. Widać tablice z cennikiem i na niej do wynajęcia…. namiot, śpiwór, karimatę i tu koniec. Idę w takim razie do gościa za kontuarem i pytam ,, czy można wynająć plecak ?,,widzę brak zrozumienia , wiec pytam po hiszpańsku , i dalej gość zmieszany mówi, że nie mają. W desperacji pokazuje na plecaki stojące pod ścianą. Na to gość odpowiada że plecaków w parku nie wynajmą. I tu mnie zamurowało . Siedzimy w parku z kupionymi biletami, bez plecaków, a przed nami czterodniowy trek. Zaczynam kombinować jak z sakw rowerowych zrobić plecak, ale pod ścianą w głębi widzę trzy rowery załadowane sprzętem – pomyślałem pójdę pogadam może wiedzą coś więcej i cokolwiek doradza. Wpadam do baru szybko oglądam gości pod kątem ubioru – i typuje osoby podejrzane o jazdę na rowerze. Podchodzę zagaduję i przedstawiam z jakim problemem się spotkałem. Wypytuję czy już zwiedzali park i skąd wzięli plecaki . Niestety nawet nie zamierzają chodzić po parku tylko go przejadą po odcinkach drogowych. Ale rozmowa zaczyna się rozwijać i nagle facet mówi do córki, która siedzi przy stole ,, my mamy niepotrzebny plecak możemy go dać. Facet wstaje od stołu i prowadzi mnie do swojego roweru. Ze spodu bagażnika wyciąga super używany (Niemcy na szlaku określili go klasyczny), ale ciągle kompletny plecak i wręcza mi go . Pytam ile za plecak , i słyszę :”nam już nie jest potrzebny może Tobie się przyda”. Powoli zaczynamy rozmowę kto, skąd i dokąd. I oto spotkałem brytyjskie małżeństwo z córką na wyprawie north – north. Jadą  z Anglii przez Afrykę, przelot do Ushuaia i dalej do Alaski. Bardo sympatyczni ludzie. Ale wracajmy do bajki. Wracam do Grażyny i pokazuję jej zdobyty plecak . Nasz plan ma już jakieś szanse powodzenia. Zgodnie ze zdobytymi informacjami zabieramy jedzenia na cztery dni. Spakować możemy się tylko w ten jeden plecak i torbę sportową, która aktualnie robi za kuchnię. Bierzemy więc tylko niezbędne rzeczy. Po spakowaniu plecak wygląda tragicznie . Bardziej przypomina plecak rocket mena niż cokolwiek związanego z turystyk.a Już powoli widzę, że szanse na wypoczynkowy spacerek staja się coraz mniejsze. A tak wracając do samej trasy w parku – w przewodnikach i od napotkanych osób dowiedziałem się, że najlepiej zrobić całe DUŻE W . Patrzę na plan parku: jak całe to całe, a co tam cztery dni i po wszystkim. Zostawiamy rowery w recepcji i idziemy na kamping nocować, rano start na szlak. O świcie udaje się dość sprawnie wystartować . Początek szlaku całkiem ok choć nic nie zachwycającego. Jedyna atrakcja jak na razie to mój plecak. Mijające mnie osoby robią mu zdjęcie i dzielą się komentarzami. I tak jak wspomniałem Niemcy określili go jako plecak klasyczny, a kiedy podchodziłem pod górkę para ze Stanów widząc mnie dość wcześnie zeszła ze szlaku , a mijany chłopak skomentował ,, jak widzę na drodze ciężarówkę to zawsze schodzę z drogi. Choć była przewaga komentarzy , ja bym nigdy tyle nie nosił lub o Boże . I tak powoli stawaliśmy się atrakcją szlaku. Ja ze starym wytartym plecakiem obwieszonym z każdej strony, Grażyna z torbą sportową na plecach. Nasz wygląd budził głębokie współczucie wśród turystów ze sprzętem za wiele tysięcy dolarów. Wróćmy do samej drogi . Już drugiego dnia zaczynamy zauważać, że te cztery dni to coś nie tak . Jakby się nie napinać to nie damy rady.  Powoli załapuję jakie znaczenie w stosunku do parku ma słowo cały. Otóż całe W to zaledwie może jedna trzecia parku i to ta łatwa. A trasa, którą zaczęliśmy nie tylko potrwa dużo dużej to nie ma z niej drogi odwrotu, a z przyjemnego beskidzkiego szlaku zaczyna zmieniać się w horror. Plecak, który sprawił nam tyle szczęścia kiedy go dostaliśmy zaczyna dawać się we znaki. Takie plecaki świetne na krótkie wędrówki w tej sytuacji mocno przeładowany i obwieszony wpija się w ramiona cienkimi paskami, klamra w pasie nie jest w stanie utrzymać tego ciężaru więc moja pozycja staje się coraz bardziej pochylona . I tak oto powoli zbliżam się do objuczonego osła. A że wyliniały to już widać od dawna. Jak już wspominałem początkowo przyjemna ścieżka zaczyna się zmieniać. Najpierw zamiast ziemnej ścieżki pojawiają się kamienie . Duże luźne kamieni, na których przy każdym kroku należy uważać. Potem drobne osypujące się – ale to jest jeszcze ok. Dopiero przed nami prawdziwy koszmar .Czasami trafiamy na bagna z kładką lub bez , a czasami ścieżki w błocie i korzeniach. Podłoże gliniasto ziemne więc nogi ślizgają się, a płynąca woda na szlaku zaczyna zalewać buty. Nogawki spodni zabłocone do kolan . Nasz wygląd szybko ulega degradacji . Już na drugim noclegu kiedy turyści ze Stanów, z którymi mijamy się na szlaku widzą jak na kolacje gotujemy tylko herbatę – podchodzą do nas i wręczają kawałek bułki z żółtym serem – musimy wyglądać rozpaczliwie. Ale najciekawsza część szlaku dopiero przed nami. Mówiąc o szlaku należy powiedzieć ze park składa się z dwóch części . Normalnej turystycznej – tu znane jest pojecie mostu kładki nad bagnem, poręczowania, itp. I tej drugiej – tu jest połączenie via ferraty , przeprawy bagiennej , i wszelkich utrudnień jakie natura i pracownicy parku sa w stanie przygotować. Przy czym utrudnienia naturalne są łatwe do pokonania . Ja nie potrafię zrozumieć jak nacja, która nie jest zbyt wysoka buduje stopnie do wchodzenia o wysokości 60 cm – czy w tych lasach żyją olbrzymy ? Barierka przy tych schodach jeśli jeszcze jest ma 150 cm wysokości. Pewnie o wiele łatwiej byłoby iść na azymut , ale nie można trzeba wykorzystać wykupiona atrakcje. Jeśli mamy mały kanion to turysta jakoś sam da radę zejść na dno. Przy dużych głębokościach i stromych zboczach turysta zasługuje na ułatwienia . I tu przyda się kawałek starej powykręcanej drabiny , pniaki i drut . Tak stalowy drut stanowi podstawowy budulec zabezpieczenia szlaku. Skręcony dwa razy daje super barierkę, jeśli skręcimy go cztery razy to można na nim śmiało powiesić 20 metrów połączonych stalowych drabin. I tak drut, który otacza każdy kilometr tego kraju musi znaleźć swoje ważne miejsce w parku.
Ale co tam pełzniemy dalej w końcu maja by te super widoki. Przez bagna , rzeki rozmyte szlaki, spacerniaki dla olbrzymów i pola śniegowe . Opis parku sobie daruję albo już to zrobiłem albo zaraz napiszę.
I tak zgodnie z planem po czterech pięciu dniach zaczyna kończyć się jedzenie, a końca drogi coś nie bardzo widać. W lokalnych powiedzmy sklepikach poza ciastkami niewielki wybór. Teraz żywimy się sosem pomidorowym czymś co przypomina krakersy i marmoladą. Przez to chodzenie po ruchomych kamieniach i pniakach mamy oboje pozdzierane stopy , więc kiwając się i pociągając nogami napędzani sosem pomidorowym przeszliśmy z parku w wersji dla tych co nie doczytają do tzw W. Od razu zupełnie inny standard . Są mosty – to niesłychane , są oznaczenia szlaku i tablice informacyjne. Jakby inny park. Co prawda już tylko my kontynuujemy dalszy marsz reszta ludzi którzy szli z nami widzi szanse ucieczki z parku i z niej korzysta. My nie mamy wyjścia rowery czekają w punkcie startowym musimy zaliczyć cały park.
I tak zakończyliśmy nasza podroż po 8 dniach . Ledwo żywi, kulejący i jeszcze bardziej zmęczeni. Nie wyszedł nam ten odpoczynek .

 

No cóż życie osła nie jest łatwe.

ObrazekObrazek

Załadowany gotowy do drogi

ObrazekObrazek

Ale która droga dla mnie ?

ObrazekObrazekObrazek

Opiekun tego kempingu rano gwizdnął i po chwili dwa piękne ptaki siedziały przy stole

ObrazekObrazek

Jeszcze jest siła walczyć

ObrazekObrazekObrazek

To jest ta łatwa część

ObrazekObrazek

Najpierw tak

Obrazek

Potem już tylko tyle – ale

Obrazek

Już tylko błoto

Obrazek

Choć listwy stoją

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek

Po błocku z  górki i pod górkę

ObrazekObrazekObrazek

Ale i są takie atrakcje

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek

A czasami tak

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek

Do tego zdjęcia ustawialiśmy się cztery razy a  wiatr i tak nie pozwalał stać koło siebie

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek

 

 

Tak potrafi wiać

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek

 

Kolejna wersja szlaku

 

 

 

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek

 

Takie są prognozy pogody

 

 

ObrazekObrazekObrazek

 

Droga krajowa na mapie zaznaczona jako asfaltowa

 

Obrazek

I nawet telefony alarmowe są

 

W sprawie win

Co do pytań to win jest dostatek, choć moje plebejskie podniebienie woli te z dolnej półki.

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek