Archive for Luty, 2014

Pomniki mają fajne

Fantastyczne skrzypce z pnia drzewa w Gaiman.

P2100053

Tu naprawdę jest jak w bajce

W bajce to mało powiedziane – tu jest jak w kreskówce , nawet drogi omijają dom królika Bugsa – widocznie ma tu swoją rezydencję. Uwierzcie mi to na drugim planie to ta sama droga, a ta pętelka omija… nic .

P1090665v2

Ruta 25

Zmęczeni szutrowymi drogami i chłodem uciekamy na wschód gdzie jest ciepło i  są plaże. Jedziemy odpocząć od odpoczynku. Wybieramy Rute 25. Po raz kolejny przecinamy kontynent w poprzek. Droga przez prawie 200 km jest fantastyczna – szkoda, że mamy mało czasu i nie możemy zostać wśród tych skał na noc. Kolory skał połączone z niebem są oszałamiające .Jak dla nas sławetna Carratera wysiada.

 P1090257

P1090267

P1090269

 

P1090280

P1090285

P1090291

P1090293

P1090300

P1090303

P1090306

P1090310

 

P1090318

P1090334

P1090349

P1090360

P1090372

P1090380

P1090382

A takiego gościa mieliśmy na śniadaniu

P1090413

500 km w 3dni

Trzy miesiące walki z wiatrem i szutrem dało w końcu  jakieś efekty. Start w Tecka meta 08.02 kamping z netem. Okazało się, że meta będzie ponad 500 km od startu. I tak robiąc ponad 165 km dziennie mknęliśmy przez pampę . Celem miała być imprezka Skype . W mijanych po drodze kampingach nie było netu więc meta się oddalała . Ostatecznie padło na Dalavon – na mapach był zaznaczony kamping i miasto było wystarczająco duże na net. Rano 08.02.jeszcze kontakt z Polską , potwierdzamy imprezkę , ma być . Przed nami 150 km – startujemy z rana, aby przed 17 czasu lokalnego dojechać na kamping . Początek to 12km podjazd w górę – stracony czas mamy nadzieję nadrobić w dalszej drodze. Po 100 km widać że damy radę , przeliczam średnią czas , przed 16 będziemy na miejscu. Wszystko zaczyna się układać . Ale byłoby to zbyt proste . Przed 16 wpadamy na kamping – jest nawet czynny i darmowy, ale bez internetu . Sprawdzamy na mapie następne miasto prawie 20 km dalej – jedziemy do 17 jeszcze mamy czas. Przy wyjeździe z miasteczka strzela mi szprycha, więc dalej jadę na lekkim kołysaniu . Wpadamy do Gemain na kamping 17:10 . Internet podobno jest, ale nikt  nie zna poprawnego hasła. Tu dajemy za wygraną- już dalej nie damy rady. Za nami zrobione dziś 180 km . Imprezka odbędzie się bez nas.

Kamping miejski prowadzony przez strażaków- tani i całkiem fajny- po dwóch godzinach chodzenia z laptopem dostajemy poprawne hasło. Jutro imprezka u szwagra więc może choć tu się uda załapać. Godzina około 20.00, strażacy kończą zmianę, idą do domu . Ale…  idąc do domu zabierają bieżącą wodę i internet z kampingu . Po dwóch interwencjach wraca na kamping woda. O necie można zapomnieć. I tak umyka nam kolejna imprezka i cały pośpiech na nic.

PS od strażaka, który mieszka na posterunku dowiedziałem się, że w  sobotę zaczęli przenosić komputery i nie skończyli, więc net może wróci w PONIEDZIAŁEK – taka  lokalna maniana (brak klawiatury hiszpańskiej)

 

 

Obraz mapy

Pralka Halika–wersja rowerowa

Troszkę przypomnienia . Był kiedyś polski Podróżnik Tony Halik , który prowadził wspaniałe programy podróżnicze . Kiedy dawno temu podróżował samochodem terenowym po bezdrożach Afryki z małym dzieckiem wprowadził wielką innowację . Było to jeszcze przed epoką ,, Pampersów,,. Wiele osób już nie pamięta czasów kiedy pieluchy były wielorazowego użytku  i przed ponownym użyciem należało je wyprać  . I tak Halik z małym dzieckiem jadąc terenowym samochodem zamocował na tyle samochodu metalową  skrzynkę  jako pralkę.   Rano należało załadować ją pieluchami, zalać wodą i dodać proszku. Po całodniowej jeździe  pieluchy były wyprane.  Dla  nas metalowa skrzynka jest zbyt wielkim obciążeniem, więc wprowadziliśmy usprawnienie.

P1090223

Potrzebny jest wodoodporny worek turystyczny

P1090224

Do środka pakujemy brudne ubrania, wodę i proszek

P1090245

Mocujemy do roweru i po 50 km  mamy uprane ubranie.

Ucieczka z Carretery

I tak po dość długim pobycie w ,,wyśnionej,, krainie staramy się udać na wschód – bo jak powiedział klasyk w Seksmisji ,,Tam musi być cywilizacja,, Opuszczamy to miejsce gdzie porywiste wiatry zamieniliśmy na całodzienne deszcze. Miejsce, które przebiło ilością wodospadów Norwegię , ( a wydawała się nie do pobicia). Pełne rzek i ładnych miejsc na nocleg. Choć nie było to tak wspaniałe miejsce jak wszyscy opowiadają, a przez ciągłe przebudowy dróg był  to super tor testowy dla rowerów, na którym padały nawet markowe górale. I tak wytrzęsieni, z wyrobionym umięśnieniem barku od  walki z ruchomymi kamieniami przeskakujemy z krainy deszczowców do krainy suszy i wiatrów jadąc ku ciepłu . Dla tych co jeżdżą rowerami, aby uzmysłowić im jak bardzo lokalni inżynierowie utrudniają życie rowerzystom proponuję jazdę załadowanym 35 kg bagażem rowerem po żwirowisku – przez cały dzień . To powinno choć trochę pokazać z czym się zmagaliśmy.

Chilijska wersja drogi utwardzonej

_1090129

_1090093_1090126

 

P1090021

P1090043

P1090053P1090059P1090066P1090083P1090088P1090096

P1090107

A wzdłuż drogi dżungla

P1090115

Ale nawet przy tak małym zaludnieniu są domy na wodzie

P1090116

P1090117P1090133P1090142P1090149P1090151P1090153P1090167P1090171P1090211

Podobno domy ule są tylko w dwóch miejscach na świecie

P1090217

Klasyczna Reklama

P1090219P1090226

Nasza kochana Pampa

P1090233

P1090235

Co by nie było byliśmy RN 40

P1090243

To nie wymaga komentarza

P1090244

Ekologiczna choinka – na  tym polu naprawdę trudno im dorównać

P2050017

I coś nie z  ziemi

Różnice w podróżowaniu facetów i kobiet

Różnice w podróżowaniu facetów i kobiet
W 36 dniu podróżowania postanowiłam napisać o różnicach w podróżowaniu między kobietami, a mężczyznami. Oczywiście mogę tylko porównać siebie i Marka. Dla niewtajemniczonych bardzo się od siebie różnimy. On wieczny optymista, a ja pesymistka. Widocznie jakaś różnica w przyrodzie musi istnieć, bo w tym roku minęła nasza 20 rocznica ślubu. Od początku Marek zakładał, że będziemy pokonywać trasę ok. 100km dziennie. Ja dzieliłam to na pół, pogoda, a raczej jej brak skorygował pokonywane km jeszcze o połowę. Wiał bardzo silny wiatr. Ciągle pod górkę i z górki. Drogi szutrowe, brak dostępu do sieci, sklepów itp. Śnieg i deszcz oraz skoki temperatur kila razy w ciągu dnia zrobiły swoje. W dziewiątym dniu naszej szaleńczej podróży przeżyłam pierwsze załamania. Wg mnie to i tak sporo wytrzymałam, a wg Marka… No wlaśnie tu powstała pierwsza różnica zdań. Zanim przebrę dalej muszę powiedzieć, że drugiego dnia podróżowania nadwyrężyłam lewe kolano, a tydzień później lewy nadgarstek. Te ciągłe podchody pod górkę z 36kg rowerem dały mi się we znaki. Marek oczywiście był w swoim żywiole. Przypomniało mu się dzieciństwo i zabawa w Indian. Rozpalanie ogniska, szukanie noclegu, spanie gdzie popadnie i szukanie wody to jego życie. Nie powiem imponuje mi to, bo wiem, że z nim nie zgninę. Nie mam zielonego pojęcia, że jak jadę rowerem w ciepły słoneczny dzień, (+16 st.C), a temperatura gwałtownie spada to znaczy, że zaraz spadnie śnieg. Marek tylko krzyczy ,,chowamy się”, i już rozpala ognisko, rozkłada nad nami hamak i …pada śnieg. U nas przyroda rządzi się swoimi prawami. W Polsce występują cztery pory roku. Przyzwyczailiśmy się, że w zimie jest zimno i pada śnieg, wiosną wszystko budzi się do życia, latem jak mamy szczęście jest ciepło, a jesienią ponuro i szaro. W Argentynie mamy wiosnę, ale czegoś takiego w życiu nie przeżyłam. Zmiana pogody następuje kilka razy w ciągu dnia. Mamy obraz czterech pór roku z Polski. Ciężko się połapać jak się ubrać, gdzie schować itp. Póki co ustaliliśmy, że każdy podróżnik oprócz obowiązkowej folii nrc powinien zaopatrzyć się w hamak (najlepiej impregnowany.) Jeszcze nie zdążyliśmy w nim leżeć, ale świetnie nadaje się jako daszek  chroniacy przed śniegiem i deszczem, parawan przed wiatrem i wiadro na wodę deszczową. Świetnie też maskuje nasze rowery na noclegach jak również chroni przed zimnem. Wracając do różnic. Marek wstaje i mówi jaki to piękny dzień za namiotem. Fajnie, wprawdzie nie pada, ale wieje z 60km/h. Jedziemy po drodze szutrowej, a On się cieszy, że więcej płaskich podjazdów niż dnia poprzedniego. Nareszcie wiatr nam sprzyja i wieje z lewej, bocznej strony. Zjeżdżamy z górki. Początek fajny, bo jesteśmy zasłonięci. Droga szutrowa, wyboista. Ropędzamy się do 51km/h. Marek cieszy się jak dziecko, które dostało nową zabawkę, a ja w tym samym czasie umieram ze strachu, że znowu się przewróce, jak ostatnio. Fajnie jest, jak wiatr wieje w plecy, ewentualnie lekko z boku. Wtedy skręcam tułów i z rękawa kurki robię żagiel. Ale absolutnie nie znoszę jak wieje z boku, a my pokonujemy górki. Jednego tylko dnia wiatr przewrócił mnie z 5 razy. Raz o mało co nie wpadłam w przepaść. Marek oczywiście dawno był na dole. A ja biedna co podnoszę rower, to wiatr  najpierw podcina, a następnie podbija  przednie koło roweru i leżę. Próbuję inaczej. Przekładam nogę przez ramię, a wiatr w tym momencie się rozpędza i przerzuca mnie na drugą stronę. Stojąc tak na górze wysokiej próbowałam wsiąść na rower różnymi sposobami, ale cóż. Jestem tylko słabą płcią. Po 5 razie usiadłam koło roweru i czekałam, aż wiatr przestanie wiać. Marek w tym czasie pcha swój rower pod wysoką górę, żeby zobaczyć co się stało. Z siebie i swojego roweru robi parawan dla mnie i tak sprowadza mnie z góry. A w następnie dni dziwi się, że nie chcę zjeżdżać z góry. Bardzo śmieszne. Przyjęliśmy taktykę, że skoro nie wiadomo kiedy przestanie wiać to musimy się przemieszczać pieszo. Z wielkim trudem udaje nam się pokonywać trasę ok. 25km dziennie. Wieje…. W pewnym momencie koło Marka zatrzymuje się kierowca pikapa i pyta czy nas podwieźć. Marek odmawia, samochód odjeżdża, a ja doczłapuję się do niego i pytam co On najlepszego zrobił. Marek zdziwony odpowiada, że zostało do końca tylko 5km. Te tylko 5 kilometrów zajęło nam następne 3 godziny marszu… W którymś dniu podróży spotykamy samotną turystkę z Francji. Opowiada nam o przepięknym parku w Chile. Ona zrobiła to w ten sposób, że w hostelu zostawiła rower, wykupiła wycieczkę, pochodziła po parku 4 dni i wróciła do hostelu. Proste? proste. Mój mąż wymyślił sobie, że pojedziemy tam rowerami. Bagatela 120 km, znowu w górach, szutrową drogą i pod wiatr. Drugiego dnia wjeżdżając do miasteczka po pokonanych już 60km wiatr przypomniał kto tu rządzi. Marek wjechał do miasta, a ja znowu leżałam i oczywiście za skarby  świata nie mogłam podnieść roweru. Ten sobie wiał, mi udało się podnieść rower i próbowałam utrzymać się na nogach, a Marek robił rekonesans po mieście. Jak już wszystko zwiedził przyjeżdża do mnie zdziwiony i pyta co się stało. Szukamy noclegu, jest kilka kafejek, ale o noclegu możemy zapomnieć. Pytamy w sklepie czy możemy się rozbić za sklepem. Właściciel odmawia, ale wskazuje nam drogę, gdzie znajduje się skarpa , za którą możemy się schować. Jedziemy we wskazanym kierunku. Za rogiem znajdujemy pastwisko z krowami. Rozbijamy namiot. Rano właścieciel stada pakuje je na przyczepę, a do Marka przyjaźnie  macha ręką. Idziemy do sklepu. Pytamy się kiedy ten wiatr zacznie słabiej wiać. Okazuje się, że dnia następnego. Zostajemy jeszcze jeden dzień. Całą noc wieje. Silnie. Wstajemy niewyspani i w drogę. Trochę jedziemy, trochę pchamy rowery. Pierwszy kilometr, drugi, trzeci. Wiatr  się nasila. Spycha mnie z drogi raz i drugi. Poddaje się, schodzę i pcham ten bagaż dalej. Z wysiłkiem docieram do Marka, patrzę a ten mina skaszona i mówi ,,postaraj się, tak daleko nie zajedziemy. Znowu zrobimy tylko 20km” I tu mnie trafia. W poprzednie dni, przy odpowiednim wietrze robiliśmy 80, 75 i 60km dziennie. O co te pretensje, niech wyłączy wiatr i jadę dalej.
Docieramy do parku Torres de Painn. Zatrzymujemy się na campingu. Marek pokazuje mi mapę i zarządzamy, że skoro spotkana po drodze dwójka rowerzystów zwiedziła park w cztery dni, to nam też się to uda. Idziemy do recepcji, żeby wypożyczyć plecak. Pierwsza niespodzianka – nie wypożyczają plecaków. Mój ”pomysłowy Dobromir” kombinuje jak połączyć sakwy w ala plecak. Pod recepcją stoją trzy rowery z brytyjską flagą. Marek idzie do knajpy, wyszukuje trzy osoby pasujących na rowerzystów i pyta jak oni rozwiązali problem plecaka. Okazuje się, że zwiedzili tylko dół parku, a w góry nie wchodzili. Natomiast mają jeden zapasowy plecak i chętnie go nam podarują. Świat jest pełen życzliwych ludzi. Plecak mamy. Po spakowaniu wygląda jak przysłowiowa choinka. Po bokach przyczepione dwie karimaty, pod spodem podczepiony namiot, a w środku dwa śpiwory i rzeczy na zmianę. Moja torba typu jamnik wcale nie wygląda lepiej. Niosę w niej kuchenkę prymus, garnki i jedzonko na cztery dni. Mapa pokazywała co innego, ale skoro innym się udało… Pierwszego dnia okazało się, że idziemy w tempie otrzymanej mapy. Trasa jest ciężka. Mokre od deszczu kamienie nie ułatwiają sprawy. Nogi wykrzywiają się we wszystkich kierunkach. Po siedmiu godzinach docieramy na drugi nocleg. Szybko przygototujemy kolację i trasę na następny dzień. Zaczyna się dość przyjemnie. Później jest już tylko gorzej. Przepaście, rwące potoki, drabinki, które bujają się na wszystkie strony. Nie czujemy nóg, a raczej czujemy rosnące pęcherze. Po 11 godzinach jesteśmy na campingu. Sprawdzamy mapę. Ani mniej, ani więcej. Idziemy zgodnie  z rozpiską, a to oznacza, że zamiast przewidywanych czterech dni czeka nas sześć-siedem dni marszu. Powrót jest bez sensu. Kończą nam się zapasy żywności. Na kolejnym przystanku młodzi Amerykanie częstują nas dwoma kromkami chleba i kawałkiem sera. Rarytas. Amerykanów mijamy po drodze ciężkiej trasy. Ogólnie na tej trasie spotykamy piątkę Amerykanów i dwie pary . Przy meldunkach podglądamy, że są to studenci. Następny dzień wcale nie jest lepszy od poprzedniego. Ciężko. Marka plecak nie dostosowany do takiej wędrówki wydaje się co raz cięższy. Paski wcinają się w ramiona. Pas biodrowy nie wytrzymuje ciężaru i się rozpina. Wchodzimy na lodowiec. Jest ogromny. Widzieliśmy już w życiu nie jeden, ale ten naprawdę robi wrażenie. Trud został nagrodzony. Im bliżej dołu, tym atmosfera ”prawdziwego” turysty zanika. Pojawiają się ,,niedzielni” turyści, już nie tak pomocni i uprzejmi. Zajęci sobą i swoimi sprawami. Nawet zwykłe ,,dzień dobry” zanika. Ci co chodzą po górach wiedzą o czym piszę. Docieramy na nocleg. Zmordowani, głodni, ale też zadowoleni postanawiamy zostać na campingu dwa dni. Trzeba wyprać rzeczy i trochę się podtuczyć. Po drodze spotkaliśmy bardzo fajnego przewodnika, który oprowadzał po parku turystkę. Poradził nam, abyśmy zmienili swoje plany i z Argentyny wrócili do Chile. Ma mniej wiać i ma być więcej zieleni. Uwierzcie, że po dwóch miesiącach oglądania stepu nawet się za długo nie zastanawialiśmy.

Obrazek

Nasz kolejny wywiad

Obrazek

Cztery razy próbowano nas okraść.

Minęły trzy miesiące naszej podróży. Czas na podsumowanie.:
– Cztery razy próbowano nas okraść.:
Pierwszy raz w Torres del Paine Marek przegonił intruza, który wdarł się nocą do naszego przedsionka namiotu i próbował ukraść i tak skromne zapasy żywności.
Drugi raz – w Wigilię pies rozdarł nam zębami namiot próbując zwędzić wędzonkę naszej roboty.
Trzeci raz na campingu kot nocą dobierał się nam do ryby.
I czwarty raz (mamy nadzieję, że ostatni) – ptak ubzdurał sobie, że jak pada to on koniecznie schowa nam się do namiotu wlatując przez okienko. Uparty, bo próbował już cztery razy.

Straty – dwie połamane szprychy, spławik. Musieliśmy naprawiać namiot, pokrowce na karimaty, sandały.

Zyski.: poznajemy bardzo dużo podróżników z różnych stron świata,
-mamy za luźne ubrania,
-znaleźliśmy jeden scyzoryk szwajcarski,
-poznajemy nowe dla nas smaki kulinarne
-przebywamy ze sobą 24h/dobę
-poznaliśmy sposób na mycie garnków bez wody. Metoda tzw. „na Duńczyka” (od spotkanego Duńczyka)
-przepis Walijczyka na energetyczne kanapki.

Chorób – brak.

Z każdym dniem próbujemy oswoić się z myślą, że nie musimy się śpieszyć, jesteśmy na długich wakacjach i wszystko co zaplanujemy może ulec zmianie.
Dla mnie na szczęście wymyślono SKYPA, co pozwala mi mniej tęsknić, a Marek jest w swoim żywiole.
Pozdrawiamy wszystkich, którzy trzymają za nas kciuki
Grażyna i Marek

Znajdź różnice pomiędzy ziemniakiem i bananem

Obrazek

To są ziemniaki

Obrazek

To są banany zielone , w środku różowe.

Ale po usmażeniu w cieście wychodzi frytka tyle, że nie ciągnie oleju.

ObrazekObrazek