Posts tagged ‘Ciemna strona’

Amazonia statkami

No i się udało prawie 3000 km. Przez dzikie tereny Rio Napo i Amazonki. Płynęliśmy 7 różnymi statkami przez 14 dni. Poczynając od standardowych statków transportowych , przez przemytnicze dłubanki peke-peke  do barek towarowych. Biegałem za motylami w miejscu gdzie białego nie uświadczysz. Przygoda, która mogłaby urosnąć do niesłychanej opowieści o dzikich plemionach i zapomnianym świecie.W następnych wpisach postaram się tą podróż w miarę szczegółowo opisać

 

 

Trasa statkami
Trasa statkami

Lima

Już dawno nie byliśmy w mieście, które budzi tak negatywne odczucia. Niestety musieliśmy tu spędzić prawie tydzień . To tutaj postanowiliśmy pożegnać się z naszymi rowerami. W tym mieście mieści się największy port lotniczy  cargo w Ameryce  Łacińskiej, więc mamy nadzieję, że uda się odesłać rowery  do domu. Samą wysyłkę opisze oddzielnie , bo wymaga to oddzielnego opisu szczególnie część poświęcona polskiej biurokracji.

Ale wróćmy do samej Limy. Jeśli chcecie mieć Limę w domu  jest na to prosta metoda. Zaproście ilu się da znajomych , rozdajcie im trąbki i gwizdki, niech każdy gwiżdże i trąbi cały czas . Śmieci i odpadki niech rzucają na podłogę.  Jak będzie ciepło to po tygodniu będzie jak w Limie.Ludność jest obsesyjnie hałaśliwa, samochody trąbią nieprzerwanie , a każdy policjant , strażnik czy ochroniarz co chwilę dmie w gwizdek ile wlezie.To jak na razie jedyne miasto gdzie na czerwonym jest bezpieczniej przechodzić przez ulice . Tylko człowiek o skłonnościach samobójczych spróbuje przechodzić na zielonym . Każdy szanujący się peruwiański kierowca uznaje przejście dla pieszych jako krainę łowów . Kopanie i walenie w samochody nic nie daje . Jest też w Limie dzielnica oderwana od ogólnego bałaganu, ale to tylko malutki fragment dla bogatych.

 

Taka Lima nie jest

P7261197P7261199P7261203P7261206

Amazonia

To już pora na realizację jednego z punktów podróży . Mamy popłynąć Amazonką. Początkowo plan zakładał dużo krótszą drogę, ale plany jak to plany. Jutro ruszamy do Coca, a potem już statkami towarowymi do Manaus . Przez trzy państwa , i Amazonię . Jak nas krokodyle i piranie nie zjedzą to po dwóch tygodniach dopłyniemy do cywilizacji. Przez ten czas pewnie nie będzie z nami żadnego kontaktu. Tak więc do usłyszenia Puszczam oczko

Pożegnanie Boliwii

Z nieukrywaną radością żegnamy Boliwię. Jak na razie to najmniej  przyjemny kraj na naszej trasie . Kraj częstych protestów – nawet w ostatni dzień jadąc do granicy musieliśmy się przedzierać przez drzewa położone w poprzek drogi. Ludzie mało kontaktowi i od dzieciństwa uczeni łupienia turysty. Już wizyta w pierwszym większym mieście dała do myślenia . Na targowisku stała dziewczynka lat 6  , przed sobą miała wagę, na której można się było ważyć za drobną opłatą . Przed nami ważył się lokals i  dziewczynka wzięła od  niego 1 Bob , kiedy spytałem się o cenę to okazało się że dwa . Dopiero po dyskusji spuściła do jednego. I tak już  było przez cała Boliwię . Ceny prawnie  nigdy nie ma na towarach , bo zależy od kupującego . Zakupy na targowisku to  zupełnie inna sprawa. Tu cenę za kupione warzywa podaje kobieta patrząc na torebkę z warzywami, ot tak z głowy . Bułki można kupić po trzy , nie dwie , nie cztery – tylko trzy lub sześć. Jednego dnia kupisz u tej samej kobiety jogurt za 12 Bob, a już następnego usłyszysz cenę 15 Bob . Wszystko zależy od widzi misia sprzedawcy. Przed każdym zakupem trzeba się pytać o cenę , zawsze sprawdzać resztę. Kupując  bilet autobusowy sprzedawcy powiedzą ci takie bzdury że strach. Oszukają co do ceny typu autobusu  , godziny wyjazdu i przyjazdu. Czasami cenę przewozu roweru wołali 4 krotnie większą niż jest ogólnie przyjęta. W hostelach zawsze jest ciepła  woda i internet, ale prawie nigdy ich  nie znajdziesz. Co ciekawe oszukują nie tylko turystów, ale również swoich. Dla mnie  to nawet nie było rozczarowanie bo spotkani wcześniej turyści dawali sygnały o mało przyjemnych Boliwijczykach.  Ale po innych państwach Ameryki Południowej , gdzie ludzie byli bardzo życzliwi to co przeżyliśmy w Boliwii było bardzo przykre. Oczywiście nie wszyscy ludzie są tacy źli, ale przeważająca większość spełnia opisywane cechy.

P1150844P1150846P6250902

Praca

No i stało się. Popłynęliśmy finansowo i musiałem nająć się do pracy .Dniówka koło 100 boliwianos . Robota jak robota, jakoś leci. Najgorsze jest to żucie liści koki i picie 96 procentowego spirytusu. Koledzy na szychcie są spoko . Na razie tylko łopata i pchanie wózka, ale jak się wciągnę w robotę to pozwolą mi przygotowywać ładunki wybuchowe.

P1130352

Czarna seria zdarzeń- czy to koniec podróży ?

 

Jak tylko wyjechaliśmy na drogę powiedziałam, że będzie ciężko. Widać było, że w tym regionie kierowcy kiepsko jeżdżą. Rzadko, który zostawia dość miejsca dla rowerzystów, nawet jeżeli z przeciwka nic nie jedzie.

I tak przez większość drogi jedziemy spokojnie. Przed miastem widzę jak naprzeciwko jedzie samochód osobowy. Za sobą słyszę ciężarówkę, która zamiast poczekać zaczęła mnie wyprzedzać. W osobówce kierowca mruga światłami. Uf, przejechał… ale następna zamiast odczekać jedzie za pierwszą. Dopiero teraz zauważył, że jedzie na czołowe. Odruch, gwałtowny skręt kierownicą w prawo. Sekundy, a ja leżałam na żwirowym poboczu . Już zawsze będę zakładała rękawiczki i kask, który być może mnie uratował. Pamiętam uderzenie głową i miękką wyściółkę kasku. Kierowca pojechał dalej. Kątem oka widzę jak Marek rzuca rower i biegnie mi a ratunek.

Kolano i nadgarstek w opłakanym stanie.Ręka rozerwana do mięśnia, krew cieknie strumieniami . Czuje ból w nodze i mam wrażenie że Tir po mnie przejechał.

Dzięki szybkiej interwencji Marka, który błyskawicznie oczyścił rany obyło się bez zszywania. Może daruję szczegółowy opis, ale wierzcie mi, Marek sam w domu przyszył sobie fragment palca, więc zna się na robocie. Zawsze mu zazdrościłam szybkości gojenia, ale on twierdzi, że przy jego licznych wypadkach organizm dostosował się do jego potrzeb.

Niestety owe zdarzenie przyczyniło się do przymusowej trzy dniowej przerwy na campingu. Po tygodniu rany wyglądają lepiej, ale czarna seria zdarzeń trwa…

Okazało się, że w moim rowerze ,,poszły” dwie szprychy. Następnie uszkodziły się jakieś tam pierścienie. Po drodze, po kolei, pękały dętki. U Marka dwa razy, w moim rowerze raz.

A nasz wysłużony czterdziesto-letni prymus przestał gotować. Mój pomysłowy mąż już dwa tygodnie dorabia dyszę, ze… szprychy rowerowej. To takie oczywiste.

Dodatkowe nieciekawe wiadomości z Polski nie nastrajają pozytywie.

Niech ktoś nas odczaruje, albo wypije nasze zdrowie. Może to pomoże.

Trochę to działa na nerwy

Och, nie macie pojęcia jak to denerwuje jak ktoś urządza polowanie na ‘’’’białego”. W Argentynie i Chile są dwa cenniki . Tubylec – turysta. Wjazd do parku dla lokalsa  50 peso, obcy 130 peso . Camping 80 lokals ,120 obcy. Czemu nikt w Europie nie każe dopłacać do biletów  tym co mają takie regulacje . Może wtedy byłoby normalnie . Kasa pokazujesz paszport i jak Argentyński to 150 % na plus – gdzie równowaga na tym świecie.

Aklimatyzacja

No to skoro już jesteśmy w Mendozie i nasze plecaki też się tu znalazły trzeba zobaczyć co z tą Acongakua  Na początek spróbujemy aklimatyzacji na 4000, a potem zobaczymy czy mamy szanse na góry po czterech miesiącach na rowerach.  Rano spakowani  z biletami w ręku stoimy w drzwiach hostelu. Za drzwiami zaczyna się ulewa- nie taka polska , ta raczej przypomina deszcze w Azji . W parę minut ulice zamieniają się w rzeki . Zanim dochodzimy do dworca autobusowego jesteśmy cali przemoczeni. W moich butach można założyć hodowlę żab.  . Ale wszystko zgodnie z planem padać ma dwa dni, potem ma być pięknie. Po czterech godzinach jazdy malowniczymi drogami docieramy na miejsce . Pierwszy nocleg robimy około trzech kilometrów od drogi ,planujemy zostać dwie noce aby wysuszyć ubrania i odpocząć od hałasu hostelu . Wieczorem wraca deszcz i to dość silny, ale my już siedzimy w namiocie . Nocleg zapowiadał się spokojnie. Sam deszcz bez wiatru działa usypiająco. Ja dość szybko zasypiam z nadzieją na przespanie spokojnie nocy. Ale byłoby to zbyt łatwe .Środek nocy Grażyna budzi mnie i krzyczy ‘’ Marek kamienie lecą, co robimy ‘’ Faktycznie słychać jak z łoskotem obrywają się skały podmyte deszczem. Wrażenie jest takie jakby na głowę leciały tony skał . A nasz namiot rozbity jest w dolinie, więc jest pewna szansa na ładny nagrobek z naturalnego kamienia . Wyglądam z namiotu  i przez ciemność próbuje dostrzec gdzie  lecą te kamienie , blisko nas niczego nie widzę, więc  wracam do przerwanej drzemki. – w końcu co ja mogę poradzić na lawinę z kamieni.

P1100167

 

Rano można zobaczyć było taki widok

P1100179

Druga noc mija już zupełnie spokojnie. No może poza tym, że nasze ‘’super śpiwory” okazują się do NICZEGO.  Na szczęście koło dziesiątej wychodzi słońce i robi się ciepło . No to ruszamy. Już pierwsze kroki pokazują jak szybko zapominają plecy i biodra o przyjemnym ciężarze plecaka.  Plecak wpija się w ramiona i przygniata do ziemi, a każdy krok jest uciążliwy . Początek trasy zapowiada się całkiem przyjemnie . No może tylko niepokoją ślady na piasku, które wyglądają na lwa górskiego, a to całkiem spory kotek. Widok krowy leżącej na zboczu też nie nastraja pozytywnie.

P1100184

P1100199

 

Po drodze mijamy ptaki podobne do papużek

P1100186

 

Grażyna tradycyjnie dość szybko organizuje sobie odciski – ale dzięki izolacji sytuacja zostaje opanowana.

P1100185

Na tym spacerku Grażyna nie miała szczęścia. Została zaatakowana przez lokalnego robala i to na tyle silnego, że  podniósł jej  buta.

P1100209

Początkowo dość przyjemna ścieżka staje się horrorem . Po pierwsze znika i czasami trzeba się naszukać , po drugie prowadzi przez osuwiska skalne . Czasami ścieżkę można znaleźć dzięki końskim odchodom bo tylko po nich można  rozpoznać dokąd iść . Zresztą koniki zasługują na specjalne uznanie za to jak pomykają po górach. W miejscach gdzie my ledwo dawaliśmy radę one tylko przeskakiwały. 

 

A i jeszcze jeden mały problem , ponieważ nie udało się nam kupić mapy gór w  Mendozie – po prostu nie mają – idziemy kierując się fotografią mapy znalezioną w internecie  , ale co tam ziemia jest okrągła więc gdzieś dojdziemy.

I tak powolutku pełzniemy do góry. Drugi i trzeci dzień są co raz łatwiejsze , już mamy spokojniejszy oddech i nie męczymy się. Bardzo powoli oswajamy się z wysokością .Pogoda cały czas nam dopisuje. Mamy tylko jeden dzień lekko pochmurny , a tak czyste niebo. Widoki są rewelacyjne dookoła nas postrzępione góry o różnych barwach.

Czwartego dnia próbujemy się zorientować gdzie jesteśmy i jak daleko do przełęczy, w którą mamy skręcić . Próba orientacji na podstawie fotki mapy okazuje się mocno nie trafiona  Ustalenia wieczorne padają rankiem kiedy przechodzimy kolejne kilometry. Zaczynam mieć obawy czy trafimy we właściwą przełęcz . Powoli zaczynam przeliczać zapasy żywności na prawdopodobne dni .

Co raz częściej widzimy krążące nad nami Condory, co nie zapowiada nam szczęśliwego końca. Wokół coraz częściej mijamy szkielety padłych zwierząt, ale turysty ani jednego .Nocami jest coraz zimniej . Powoli staje się standardem pobudka koło 6 rano i ubieranie tego co mamy . Jednego z poranków na 3300 m rano na pobliskiej polanie pojawiło się oblodzenie . A śpiwory jak wspomniałem nadają się na ……………. Ach, ale co tu dalej smucić w końcu docieramy do szukanej przełęczy . Wiemy już, że czeka nas ponad 500 m podejścia . Rano pokrzepieni oliwkami startujemy . Ale co za miłe zaskoczeni wspinamy się w   rewelacyjnym tempie . Ostatnie dni w górach dały wspaniałe efekty  . Na prawie 4000 m wbiegamy obciążeni plecakami w niecałe 2.5 h – jest power . Teraz i 8 nam nie straszne , gdyby nie śpiwory i nie zamykający się suwak w namiocie . Przed nami tylko strome zejście prawie o 1000m i to koniec przygody.  Jeszcze parę razy usłyszę od Grażyny ‘’ Ja nie dam rady ‘’’ , Ja tędy nie przejdę  ‘’ i kończy się nasza przygoda .

A swoją drogą to niesamowite ile razy ostatnio  Grażyna zrobiła coś co wydawało się nie możliwe . Pewnie to jakiś przełom w jej życiu :Żart

P1100212P1100219P1100222P1100225P1100228P1100229

P1100233P1100236P1100238P1100242P1100249P3050271P1100257P1100258P3050276P1100262P1100265P1100271P1100278P3060285

P1100283_1100286P1100290P1100291P3060290P1100296P1100299P1100306P1100313

  1. Czepiające się ubrania i bardzo kłujące roślinki

P3060292P1100319P1100320P3060296P1100329P1100346P3070301P1100350P1100356P1100366P3070313_crP1100372P1100375P1100377P1100381P1100395P1100396

P1100452P1100458P1100465P1100468P1100470P1100481

Po drodze skompletował bym konia

P1100487P3080323P3080325P1100497P1100502

Kto zna tego rudego ?

P3080329

Mostek niespodzianka

P1100511P1100515

Puente Inka

P1100520P1100524P1100526

Co to będzie ?

No to się zaczęło. Na hasło rzucamy robotę i jedziemy na długą wycieczkę . „Co Wy robicie , nie szkoda pracy , co będzie po powrocie , macie już swoje lata itp.” słyszymy zbyt często. Sprawa faktycznie wygląda nieco kiepsko . Zostawienie stabilnej sytuacji zawodowej , ponowny start zawodowy koło 50 -tki nie zachęca do wyjazdu . Ale jak się powiedziało A to wypada kontynuować. No cóż, najwyżej po powrocie zostaną wspomnienia o podróży nad miską ziemniaków z cebulą. Tak więc wbrew zdrowemu rozsądkowi, zrywając więzy stabilizacji pchamy pomysł do przodu. Najbardziej będzie szkoda zamrożonych kontaktów z rodziną i ze znajomymi . W końcu dwa lata bez spotkań zrobi swoje.

Starch sie bać

Ten dział poświęcony zostaje osobą, które widzą świat w ciemnych barwach. Specjalnie dla nich opisy w tym dziale będą z odrobiną grozy. Pomysł na ten dział pojawił się kiedy wróciłem z jednego z wyjazdów i przeczytałem w gazecie relacje z miejsca, w którym właśnie byłem. Opis był tak przerażający, że stwierdziłem, iż sam nie znałem swojej odwagi. Tak więc szanując potrzebę innych wersja pisana w tym dziale będą nieco inne.